poniedziałek, 4 kwietnia 2011

WUKA i czas zaklęty w przedmiotach


Poznałam pięknego człowieka. Pięknego, co nie znaczy że zwyczajnie ładnego. Ładnego oczywiście swoją drogą ;) ale tym razem nie o to chodzi. Na piękno, o którym teraz piszę, składa się mozaika rozmaitości - wrażliwość, wyobraźnia, dojrzałość, elegancja, jakaś magiczna panująca wokół aura i zdolność do zatrzymywania na chwilę czasu...
Wiesława Kwinto-Koczan (zwana WUKĄ) znana jest najbardziej z pisania o Bieszczadach i aniołach, ale mnie dużo bardziej porusza i przyciąga jej pisanie o czasie. Sama mówi, że wzrusza ją przemijanie i odchodzące w niepamięć, niepotrzebne już, ale kryjące w sobie niezwykłe historie przedmioty. Osobiście znajduję w wierszach WUKI najwięcej właśnie tego zaklinania czasu i tęsknoty do wszystkiego tego co jest niezmienne. Przecież nawet anioły i Bieszczady to istnienia, które w obliczu dzisiejszego świata - pędzącego i pełnego chaosu - są trwające, jakby zatrzymane...

W sobotę 2 kwietnia, w czasie autorskiego spotkania poetki w opolskim Młodzieżowym Domu Kultury, oprócz głównego gościa pojawili się również muzyczni wykonawcy z piosenkami do tekstów Wuki. Sławek Kusz (jak już wcześniej pisałam - lider opolskiej sceny piosenki poetyckiej), również zainteresował się "wukowymi" przedmiotami. Można nawet powiedzieć, że było to wręcz detektywistyczne zainteresowanie :D Występując tym razem tylko w duecie (z Grzegorzem Łygą) wykonał 3 zupełnie premierowe numery, a poniżej jeden z nich - Stół (sł.WUKA, muz.S.Kusz):


Autorka czytała wiele swoich tekstów, ale tych zaadaptowanych już przez kogoś na piosenki czytać nie chciała. Tłumaczyła się mówiąc, że nie jest godna, że one nabierają wówczas jakiejś niezwykłości, że zaczynają żyć własnym życiem. A ja nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to jakby wypuszczanie z domu w świat dorastających dzieci, które mają już swój własny pomysł na rozwój, których ścieżek nie da się już do końca kontrolować, i które zdecydowanie nie lubią, kiedy ktoś się za nie wypowiada i wkłada swoje słowa w ich usta. Bo rodzicom, pogodzonym z tym nad czym pracowali przez lata, wypada po prostu przyglądać się z zachwytem historiom, które dzieci napiszą sobie same...
I oto na scenie MDKu pojawiło nowe życie pewnej kołysanki, z naprawdę świetną muzyką i aranżacją Maksa Mularczyka:

"Kołysanka" (słowa: WUKA; muzyka i wykonanie: Maks Mularczyk)

Chciałbym kiedyś zabrać cię do domu,
w którym zegar cichuteńko śpi.
Czas zagląda w okna po kryjomu
i zaskrzypią tylko czasem drzwi.

Nie ma przecież nigdy tego złego,
by się w dobro nie zmieniło wnet.
Jeśli tylko bardzo tego pragniesz,
mimo wichrów znajdziesz drugi brzeg. (...)


środa, 30 marca 2011

QUSZowość opolska i krakowski Ślazyk

Jeśli chodzi o autorską piosenkę artystyczną (literacką, czy poetycką) w Opolu, to żyje sobie ona życiem bardzo okazyjnym. W dodatku ostatnio jest to głównie życie Sławka Kusza... ;) To oczywiście i dobrze i źle jednocześnie. Źle - bo to koszmarnie mało, jak na (tfu tfu tfu) stolicę polskiej piosenki. Dobrze - z kilku powodów.
Po pierwsze powstanie formacji o nazwie QUSZ pod Sławkowym kierownictwem to naprawdę wysokiej klasy sprawa. Piękne piosenki, w świetnych aranżacjach, grają nie dość że bardzo profesjonalni, to jeszcze przemili ludzie :) Czego więcej chcieć?
Po drugie Sławek jest absolutnym liderem jeśli chodzi o animację naszej opolskiej poezjowo-piosenkowej sceny. Tylko dzięki jego wytrwałości zadziałała już 3 lata z rzędu (przez całe wakacje) Kwitnąca Scena Opola. Wiadomo, że na takich rynkowo-ogródkowych koncertach pojawiają się różne zespoły, nie tylko wykonujące piosenkę artystyczną, ale - w Opolu takie też! Jak sądzę, zapewne dlatego, że główny pomysłodawca Kwitnącej Sceny z taką piosenką związany jest najbardziej.
Po trzecie - okazuje się, że odbiorcy są, jeśli się im pokaże, że to fajne. Jest też gdzie grać taką muzykę. Nie twierdze, że tych miejsc i okazji jest masa, ale są, jeśli się dobrze poszuka i ma pomysł.

Znajdź więcej utworów wykonawcy Sławek Kusz QSZ w Myspace Muzyka



Jednym z takich ciekawych pomysłów był zorganizowany nie dawno w Studiu M (w Radio Opole) koncert pt. "Kraków w Opolu". Przecież co roku w sierpniu nasi przedstawiciele pojawiają się na krakowskim Rynku w koncercie "Opole Krakowowi", więc najwyższy czas odwrócić to zaproszenie. W Studiu pojawili się jako gospodarze opolanie - QUSZe. Osobiście uważam, że to pod względem technicznym jeden z najlepszych ich koncertów jakie słyszałam.

Jako krakowski gość zaśpiewała Agata Ślazyk z Piwnicy Pod Baranami, która przez cały swój koncert poszukiwała przeróżnych muzyczno-poetyckich związków Opola z Krakowem. Był to mój pierwszy kontakt ze śpiewaniem Agaty na żywo. Była to wersja o wiele bardziej przekonująca niż wszystkie te internetowe, bo oprócz nietuzinkowych piosenek Agata ma po prostu osobowość przez duże O. Akompaniowali jej wspaniali piwniczni muzycy, ale sama też siadała z gitarą mówiąc: "Ja po raz kolejny jakiś czas temu powróciłam do swojej gitary, a gitary mają to do siebie, że się odwdzięczają... W związku z tym zaczęły powstawać nowe piosenki." :) Naprawdę dobrze powiedziane(!), choć na pewno nie ona jedna zna tą gitarową tajemnicę.

Poniżej jedna z najbardziej szałowych piosenek Agaty Ślazyk w wersji piwnicznej.

Nie wierzysz kiedy mówię kocham

Agata Ślazyk | Myspace Music Videos


Wracając jednak do głównego bohatera tego postu - Sławka Kusza - pojawił się on niedawno (4 marca) również na otwarciu nowego budynku Miejskiej Biblioteki Publicznej w Opolu. Ku mojemu zaskoczeniu hol nowej biblioteki (na pierwszy rzut oka zupełnie niepoprawny akustycznie) całkiem nieźle sobie z koncertem poradził. Natomiast miejsce to zaskakuje wieloma ciekawymi zakamarkami, a - co najważniejsze - okazuje się być bardzo przychylne piosence literackiej. Co z tej przychylności wyniknie i jak odpowie na nią opolska publiczność, okaże się już całkiem niedługo...

wtorek, 15 marca 2011

Masowa YAPowA epidemia

Na Yapę zaczyna się chorować w piątek po południu i przestaje się chorować po południu w poniedziałek (chociaż słyszałam też o skrajnych przypadkach, w których choroba ta trwała od środy do środy). Jest to choroba psychosomatyczna ogarniająca umysł i ciało, a także zakaźna, przenoszona drogą fal dźwiękowych oraz drogą kropelkową.
Myślę, że występowanie na Yapowej scenie stanowi pewnego rodzaju szczepionkę łagodzącą... Jeżeli nie jest się wykonawcą to należy się spodziewać dużo cięższego przebiegu choroby ;)

Piątek łyknięty stęsknionym haustem można podsumować zdaniem "Tego się właśnie spodziewaliśmy":
1. wytęskniona atmosfera -> JEST
2. szalona, entuzjastyczna i kontaktowa(!!!) publiczność -> JEST
(nawet w tym roku jakby trochę grzeczniejsza i bardziej wyrozumiała) ;)
3. uściski i powitania, wspomnienia -> SĄ
4. rewelacyjna scenografia -> JEST
5. w Cottonie -> to co zawsze :)
6. na scenie -> to co zawsze :)
Jak wiadomo ma to swoje dobre i złe strony. Dobre - bo zastaje się wszystko na co się przez rok czeka. Złe - bo brakuje trochę zaskoczenia. Ci co zawsze wypadali dobrze - wypadli znowu dobrze, a ci co zawsze słabiej - znowu słabiej.
Moim okiem wygląda to tak:
- zaskoczyło mnie "Oj Tam" z Blachowni (trochę szantowo, dynamiczne i świetne instrumentalnie - aż żal, że tylko 3 miejsce),
- ucieszyły: bardzo duża lekkość koncertu i kobiecość wizerunku Żeby Nie Piekła :) oraz rozmowa z Jury, kiedy to zajęłam, na chwilę tylko podsiadając, jedno jurorskie krzesełko (to dobrzy ludzie są, oni tam mówili naprawdę mądre rzeczy!!)
- zachwyciły: scenografia (że powtórzę) i mistrzowska konferansjerka Słonia :D
Ale cóż - te dwa ostatnie elementy to też żadne zaskoczenie... ;) [to komplement był!]
Tu wszystkim głosom chwilami oburzonym chciałam tylko przypomnieć, że przecież nie wszystko, co mówi sobie wokoło sceny taki Słoń, należy traktować tak śmiertelnie poważnie. Toż to nie sala operacyjna! [prawda Słoniu?] :)
Tak czy inaczej, był już człowiek-kapodaster, to do kompletu jest i człowiek-statyw :D


Sobota odwrotnie - pełna zaskoczeń :) Na początku oszołomił sam fakt, że się w ogóle zaczęła... a właściwie to zupełnie nie wiadomo kiedy to się stało :) zwłaszcza, że droga wielu yapowiczów z piątkowego koncertu na sobotni konkurs prowadziła przez Cotton i... tylko przez Cotton ;)
Na scenie coraz bardziej dynamiczny i spontaniczny Dom O Zielonych Progach oraz magiczny powiew Irlandii w wykonaniu Tomka F.
W konkursie moje osobiste totalne zaskoczenie to Jednym Słowem (czy to możliwe, żeby będąc na tylu festiwalach przegapić wszystkie wyjścia na scenę jednego zespołu? wstyd! ale chyba musiałam tak właśnie zrobić, bo aksamitny głos Ani zrobił mnie na Yapie wielkie wrażenie). No i oczywiście trzeba docenić siostry Kępisty - oprócz tego, że ich występ był niewątpliwie z wysokiej półki muzycznej, a wibrafon i wiolonczela w tego typu piosence, to wręcz rewolucja, to szczególny szacunek za to, że im się chciało te sprzęty do Łodzi aż ze Szczecina przywozić :) Ciekawe, czy w niedługim czasie pojawią się z tym zestawem gdzieś jeszcze dalej na południe...?


Zdecydowanie najwięcej mojej sobotniej radości skupił na sobie koncert zespołu NA BANI. Uwieeelbiam takie muzyczne niespodzianki :) Uwaga cały czas podtrzymana na najwyższym poziomie - do końca nie było wiadomo kto w jakiej części sceny się pojawi, kto na czym i kiedy będzie grał :) Sporo eksperymentów, specjalni goście, kilka świetnych nowych utworów ze świeżo promowanej płyty i przesympatyczna atmosfera. Swoją drogą, to ciekawe, że w tym roku tyle było premier płytowych - jakiś wyjątkowo owocny sezon.


Muszę przyznać, że zupełnie nie jestem zwolennikiem jubileuszowego programu Czerwonego Tulipana (covery to moim zdaniem nie jest ich najmocniejsza strona), dlatego prezentowałam duży sceptycyzm, a wręcz niechęć, ale... Tym razem jednak - w wersji okrojonej na potrzeby Yapy - naprawdę się sprawdził. Widownia szalała! :)
Ukłony też w stronę ekipy "Programu" za kolejność wydarzeń - mało kto jest w stanie o 4:00 rano tak rozruszać publiczność jak YesKiezSirumem. Dzięki temu nawet o 4:30 wszyscy, którzy kondycyjnie wytrzymali, koncertu Ciszy Jak Ta słuchali z naprawdę sporą (jak na tą porę) uwagą. A był to koncert dobry, lekki i przyjemny. Już to mówiłam nie raz, ale teraz też napiszę dla podkreślenia: bardzo cenię to jak rozwija się Cisza, a Michała Łangowskiego najbardziej lubię z gitarą ;)
"Z wolna słowom odbieram blask,
spędzam myśli jak gromadę cieni,
z wolna wszystko napełniam nicością
która czeka na dzień stworzenia.

To dlatego, by otworzyć przestrzeń<
dla wyciągniętych Twych rąk,
to dlatego by przybliżyć wieczność,
w którą byś tchnął.

Nie nasycony jednym dniem stworzenia
coraz większej pożądam nicości,
aby serce nakłonić do tchnienia
Twojej Miłości."



Natomiast niestety mam wrażenie, że niedzielę twórcy programu potraktowali trochę po macoszemu. W prawdzie koncert laureatów był bardzo do rzeczy i świetne występy zeszłorocznych zwycięzców, których cenię wielce (wszystkich trzech), ale czy nie sądzicie, że yapowej niedzieli zdecydowanie brakowało PUENTY...? No ale może to subiektywne odczucie.
W toku poszukiwania sposobu na "finał" udaliśmy się więc do łódzkiego Gniazda Piratów. Tam w naprawdę uroczej atmosferze pojawili się ponownie Caryna i Cisza Jak Ta :)
Pojawiło się też spore grono, które nie chciało się pogodzić z koniecznością wyleczenia i zakończenia yapowej epidemii. Z tego co wiem, to wielu z nich próbowało się bronić jeszcze do poniedziałku w BUKOWINIE :)
Prosto z niedzielnego Gniazda - trochę prześwietlony (hmmm... ;) obiektyw czy oko?), ale mój ulubiony numer z najnowszej płyty Ciszy. Pasuje tu jak żaden inny - "Pożegnalny wieczór" (sł.J.Kofta, muz.M.Łangowski).
video


______________________________________________________________________
Uwaga!
Minister zdrowia ostrzega przed efektami ubocznymi w/w epidemii i procesu leczenia:
1.Pogłębiająca się skłonność do koncertów siedzianych ;)


2.Natręctwa piosenkowe oraz obsesyjne powtarzanie tych samych melodii i tekstów


3.Dokonywanie czynów szalonych bez względu na stan zdrowia ;)


4.Powszechne "rozwiośnienie" i kawałki Yapy wędrujące po mieście

5.Bardzo zdarte gardła i długo bolące mięśnie twarzy :D
______________________________________________________________________

PS Autorami powyżej wykradniętych zdjęć są: Karol Chomicz, Ewelina Ziarnik i Dorota Włodarczak :) dzięki!

czwartek, 10 lutego 2011

Łyso, dymnie i cynicznie - czyli Bukartyk w Zapiecku :)

Są tacy wykonawcy, którzy bez sześciu oktaw wokalu, bez "doktoratów" z brzmienia i aranży, po prostu kupują nas osobowością. Mają w sobie coś co sprawia, że się od nich nie można oderwać. No i wychodzi na scenę taki łysy, pofałdowany, mruczący... ale swoim genialnym balansem na granicy ironii i bezczelności rozkłada towarzystwo na łopatki :)
Bukartyk to niewątpliwie jeden z tych, którzy są najlepsi na żywo. Natomiast Zapiecek to jedno z tych miejsc gdzie publiczność jest "żywa", nie pozostaje dłużna i wchodzi w zaczepną grę z artystą. Połączenie tych dwóch czynników daje wrażenia gwarantowane.

Otóż rzekł mi dnia 5 lutego 2011 rzeczony artysta zapieckowy już po koncercie i trzech bisach, że kiedyś tak powiedziała mu Ela Zapendowska:
"Bukartyk, ty się przypadkiem nie ucz śpiewać, bo wszystko zepsujesz!" :D

Posłuchał. Trwa w tym przekonaniu. A w dodatku szerzy on taką niewątpliwą mądrość ludową, że jeśli artysta ma coś do przekazania, jakąś opowieść, kawałek siebie, to nie jest ważne, że nie pasuje do scenicznych standardów i "sopran koloraturowy" do szczęścia i sukcesu nie jest mu potrzebny...
No naprawdę, nie mogę się z tym nie zgodzić. :D

Z dedykacją dla tych wszystkich, którzy "swoje obrazki zbyt szybko wyrzucają na śmietnik" - "Miś". Nie sądzę, żeby kiedyś udało mi się go usłyszeć w bardziej odjechanej i spersonalizowanej wersji niż na koncercie w Zapiecku.

wtorek, 18 stycznia 2011

"Kiedy umrę kochanie...", czyli poezją nazywanie rzeczy po imieniu

Janusz Radek ma swoich wielkich fanów i zwolenników, jak i równie wielkich krytyków. Oczywiście - rzecz gustu. Dla mnie urok jego głosu bardzo zależy od doboru repertuaru, ale talentu nie można mu odmówić. Poza tym cenię go za to, co moim zdaniem należy mu przyznać niezależnie od gustów, że często podejmuje się wykonywania bardzo trudnych, ale i niezwykłych piosenek. Moje niedawne odkrycie (choć w wykonaniu Radka to już dosyć stara sprawa) to piosenka do równie niezwykłego tekstu Haliny Poświatowskiej:

Kiedy umrę kochanie
gdy się ze słońcem rozstanę
i będę długim przedmiotem smutnym

Czy mnie wtedy przygarniesz
ramionami ogarniesz
naprawisz co popsuł los okrutny

Często myślę o tobie
często pisze do ciebie
głupie listy - w nich miłość
głupie listy - w nich uśmiech

Potem w piecu je chowam
płomień skacze po słowach
nim spokojnie w popiele nie uśnie

Patrząc w płomień kochanie
myślę - co też się stanie
z moim sercem miłości głodnym

A ty nie pozwól przecież
żebym umarła w świecie
który ciemny jest
i który chłodny



Kiedy umrę kochanie
gdy się ze słońcem rozstanę
i będę długim przedmiotem smutnym

Czy mnie wtedy przygarniesz
ramionami ogarniesz
naprawisz co popsuł los okrutny

Często myślę o tobie
często myślę do ciebie
głupie listy - w nich miłość
głupie listy - w nich uśmiech

A ty nie pozwól przecież
żebym umarła w świecie
który ciemny jest
i który chłodny



Niezwykła po prostu od pierwszego wrażenia - tekst, głos, nie mówiąc już w ogóle o aranżacji. Jednak jej magia jest jeszcze w jednej tajemnicy... Zupełnie zmienia się perspektywa słuchacza i całkiem inaczej zaczyna się odbierać ten utwór, po odkryciu, że Poświatowska napisała ten wiersz po śmierci swojego męża.

"minąłeś
minęłam
już nas nie ma
a ten szum wyżej
to wiatr
on tak będzie jeszcze wieczność wiał(...)"



Zastanawia mnie dlaczego to mężczyźni najczęściej śpiewają Poświatowską, kiedy tyle u niej przemijania... Czy bardziej boją się go boją, czy może wręcz przeciwnie - bardziej są z przemijaniem pogodzeni? Czy to stąd, że mają większą niż kobiety potrzebę zostawienia czegoś znaczącego po sobie...? Czy może jeszcze inaczej - może po prostu mają większą świadomość ulotności spraw, mniejszą skłonność do gromadzenia, większą potrzebę życia teraźniejszością i uchwycenia chwili...
I znów tajemnica...

"Gdy śmierć jest największym niebezpieczeństwem, pokłada się nadzieję w życiu; ale gdy się zna jeszcze straszniejsze niebezpieczeństwo, pokłada się nadzieję w śmierci."
— Søren Kierkegaard

czwartek, 13 stycznia 2011

Na początku było SŁOWO...

Słowo to przeważnie zdecydowanie za mało. Jednak od słowa zaczyna się wszystko i ono też potrafi wiele spraw zakończyć. Jak nieodwracalne zaklęcie zmienia bieg wydarzeń, zmienia człowieka.



Jest taki rodzaj słów, które w samej swojej istocie (niezależnie od okoliczności) mają wielką wagę. Jest takich niewiele, ale to rodzaj słów, których nie można wypowiadać z byle powodu i bez przemyślenia, bo zarówno w wypowiadaczu, jak i w odbiorcy zostawiają ślad, po którym rzeczywistość już nigdy nie będzie taka sama. Istnieją pewne sformułowania w naszym języku, które kiedyś były zarezerwowane dla absolutnie wyjątkowych sytuacji. Dziś jesteśmy atakowani informacyjnym szumem, słyszymy o wiele za dużo. Te "wyjątkowe" zwroty wówczas powszednieją nam, osłuchujemy się z nimi, tracą w naszych uszach i ustach swoją wagę i moc.
Myślę, że ludzie dzisiaj dużo częściej niż kiedyś mówią bez zastanowienia...

Słyszałam już wiele słów niepotrzebnych, mówionych za wcześnie lub za późno, niezadbanych, deklaracji bez pokrycia. Czasem naprawdę dziwi mnie dlaczego ludzie najpierw rzucając w przestrzeń, tak ot dla frajdy, pod wpływem chwili "wielkie" słowa, a potem te same słowa mówiąc w momentach przełomowych z wielką powagą i namaszczeniem - są zaskoczeni jeśli wtedy nie chce im się od razu wierzyć...



POSTANOWIENIA NOWOROCZNE
(nawet jeśli śmiesznie brzmiące, bo postanawiane już nie pierwszy raz...):

1. NIE RZUCAĆ SŁÓW NA WIATR

2. NIE UFAĆ WIATROWI SŁÓW...

niedziela, 2 stycznia 2011

Zmrużone oczy Waglewskiego

Kilka dni temu, przed samym końcem roku, w telewizji polskiej, natknęłam się na "Jasne Błękitne Okna". To niezwykły polski film o przyjaźni, poświęceniu, stracie. Maczał w nim palce Bogusław Linda, więc ogólny klimat (nawet nie oglądając) można sobie wyobrazić - problem poważny, dramat, przedstawiony w sposób bezkompromisowy, życie balansujące na granicy marzeń i rozczarowań, żartu i tragedii.
Jednak tu ma być nie o filmie, tylko o piosence. Zachwyciła mnie kończąca film "Kobieca Piosenka" Wojciecha Waglewskiego, śpiewana przez Nosowską (tytuł zaskakuje, prawda? :) czyżby to jedyna kobieca piosenka Waglewskiego?)

Poszukiwania doprowadziły mnie do zupełnie innego tropu. Odkryłam, że muzyka Waglewskiego pojawiła się już nie raz w polskim kinie, a między innymi w pewnym bardzo mądrym i ważnym dla mnie filmie...
"Zmruż oczy" - to tytuł i utworu i obrazu - nie wiem czy widziałam kiedykolwiek bardziej malownicze zdjęcia i więcej "przestrzeni" w kinie.



Spokój był tu, cisza od jakiegoś czasu i jakby pustka.
Więc po prostu wracam sobie do pisania od nowego roku (i oby już jak najczęściej) wiedząc, że "rzeczy nie mijają tylko przesuwają się przed oczami", i że skoro zdecydowaliście się chociaż raz tutaj ze mną posiedzieć, to ja już zawsze będę tu siedziała z Wami :) tylko może czasem trochę bledsza... no i wiedząc, że:

"jest czas na słowa
jest czas milczenia
jest czas być w słońcu
jest czas być w cieniu
mieć ręce pod głową
zmrużone oczy
patrzeć jak życie
się toczy

jest czas by pytać
jest czas by wiedzieć
jest czas by śnić (...)
jest czas by widzieć
między chwilami
to czego nie ma
a jest"

środa, 20 października 2010

Właściwie nic nowego (czyli - trzeba by ruszyć, tylko czym?)

Codziennie kiedy wbiegam minutę po czasie do czekającego na mnie pociągu, kiedy piąty raz znajduję ten sam piąty raz z rzędu zgubiony szalik lub kiedy nabita w bibliotece kara w cudowny sposób znika, albo z pomocą dobrych ludzi udaje mi się zrealizować 128 projektów w 7 dniowym tygodniu :) zastanawiam się ile jeszcze zmieści się w moim tygodniowym limicie szczęścia...(?!) Właściwie nie wiem, czemu ten limit miałby być tygodniowy, a nie na przykład roczny czy miesięczny. Jednak niefarty niewątpliwie zdarzają się, więc na pewno limit nie jest życiowy... Dlatego też co poniedziałek zaczynam liczenie od nowa i tym sposobem poniedziałki lubię bardziej niż niedziele. Tłumaczę chyba sobie tak pokrętnie brak własnego wpływu na okoliczności, ale dzięki temu częściej czekam, niż żałuję...

Limit szczęścia przewidziany na zeszły tydzień okazał się całkiem spory. Ponieważ jednak znaczny jego procent skupił się w poniedziałek i skondensował się w trzech literach przed nazwiskiem - przypomniały mi się pewne dwie piosenki "edukacyjne" :D przyłapane ostatniego dnia Bluesa Nad Bobrem (to warsztaty były przecież - czyli też edukacja).

Na początek "Studia" :) które jednak kiedyś się w końcu kończą, co stwierdzam z żalem, a przy okazji wszystkich nadal walczących z pierwszym rokiem pozdrawiam entuzjastycznie ;)

video

A na koniec, z dedykacją dla tych, którzy kontemplują słodki moment postudiowego bezrobocia - Piosenka o Zakładaniu Prywatnych Działalności Biznesowych, o Wyższości Edukacji i o Tym Czego Należy Wówczas Używać Przede Wszystkim (uwaga - bez cenzury) ;)

video

niedziela, 26 września 2010

Poezja - tym razem w Dolinie - i o tym czego do poezji potrzeba niezależnie od wysokości nad poziomem morza...

Rzekł raz Michał Łangowski, w ramach komentarza moich poczynań festiwalowych:
- My wiemy, że śpiewanie poezji to dolina, ale żeby tak od razu festiwal po imieniu nazywać... ;D

Pomylił się na szczęście, bo poezja na Dolinie Poetyckiej zdecydowanie doliny nie sięgnęła, ani żadnej innej niziny, a tym bardziej depresji! ;) Jak na "poezję" to było dziarsko, buntowniczo, chwilami wręcz kabaretowo :) Nie było to może miejsce, gdzie Poezja wypełnia powietrze, ...mam też drobne wątpliwości czy wypełnia widownię i kulisy..., ale scenę - na pewno tak! Jednak sama Warszawa okazała się dosyć nam odległa - może jeszcze, a może w ogóle...
Pozostały szczególne dwa wspomnienia.
Pierwsze damskie ze sceny - Justyna Panfilewicz - najlepszy moim zdaniem głos z Doliny (dosłownie i w przenośni) ;) no i przede wszystkim nowe dla mnie "nie-turystyczne" oblicze Łodzi (nie ujmując oczywiście nic a nic temu turystycznemu, bo wielbię je wielce i niezmiennie! ;*). Oto i "Walczyk" z tekstem Agnieszki Osieckiej, w wykonaniu Justyny:

Drugie wspomnienie jest męskie i zakulisowe - Waldek Pawlikowski - bard i jego niepokorna jak zwykle twórczość. Piosenkę (jego moją ulubioną) można było oczywiście usłyszeć też na scenie :) dużo bardziej pasowała jednak do tej oto sytuacji:
video

[Znowu KONKURS :)
Kto zgadnie, kto się tam tak w międzyczasie do picia "po ojcu" przyznaje? ...przeszkadzając mi zresztą w rejestrowaniu, no ale cóż, takie prawo śpiewania w sytuacjach wieczorno-piwnych, że właściwie nie ma ono praw... :) dlatego ów deklarujący picie głos "z zaświatów" serdecznie pozdrawiam!]


"Trudno tak na trzeźwo jest zmienić świat w poezję..." - PRAWDA czy FAŁSZ?
Myślę sobie, że można być pijanym na wiele sposobów i różnymi rzeczami. :) A w ramach pieczątki na tej refleksji - wiersz, który znalazłam całkiem niedawno.


Władysław Broniewski

"Poeta i trzeźwi"

Bije czarna godzina,
Czarny wiersz się poczyna.
Dajcie mi ludzie trzeźwi,
Szklankę mocnej poezji,
Szklankę mocnego wina.

Łypią trzeźwi znad kufla:
„Dobrze, niech się nam uchla,
poczekamy do świtu,
czy zażąda kredytu?”
Brzęk! Stoi czarna butla.

Wypiłem do dna z gniewem,
upiłem się i śpiewam,
wkoło łypią ponuro,
nikt nie nuci do wtóru,
drugą szklankę nalewam.

Wasze zdrowie przytomni!
nie podchodźcie wy do mnie:
gdy tę szklankę wypiję,
to was wierszem zabiję,
a chcę o was zapomnieć.

Obstąpili mnie wkoło,
a ja trzyma się stołu,
trzecia szklanka wypita,
i stół rusza z kopyta,
lecę w gwiazdy i wołam:

„Witaj, piękna przygodo!
Witaj gwiezdna pogodo!”
Wplątany w włosy komet,
chwytam cienie Andromed,
patrzę w Łuny twarz młodą.

Gwiazdy, gwiazdy przepuśćcie,
pieśni szukam w tej pustce,
wylewam z butli czarnej
wino w pył planetarny,
ale milczą czeluście…

I ocknąłem się rano,
twarz miałem krwią zalaną,
trzeźwi nade mną stali,
bili mnie i pytali
co za wino dostaną?

Odrzekłem: „W jednej piersi
mieści się świat najszerszy,
gdy się miłość poczyna,
tej mi trzeba, nie wina,
i bez niej nie ma wierszy”

czwartek, 16 września 2010

Muzyka w kolorze blue.... [Polski Dzień Bluesa]

Blues zawsze gdzieś we mnie grał i był mi bliski. Są tacy, którzy mówią, że to mocno słychać, ale są i tacy, którzy mówią, że to dobrze, że nie słychać tego za bardzo... :) Staram się mieć dystans do jednego i do drugiego. Nigdy nie próbowałam na siłę nikogo przekonywać do jakiegoś stylu w muzyce. To przecież byłoby coś w rodzaju przekonywania do uczuć - sugerowanie, że się powinno coś czuć lub nie powinno... Zupełnie bez sensu.
Dlatego też coraz bardziej przekonuję się do tego, że blues to jednak jest stan umysłu. Chociaż z drugiej strony można by to powiedzieć też o jazzie, o funky, o folku, rocku, soulu, czy poezji... o wielu wielu innych muzycznych przestrzeniach. Muzyka w końcu wypływa gdzieś z bardzo bardzo głęboka.



Czemu o bluesie akurat dziś? Otóż właśnie 16 września (w rocznicę urodzin B.B.Kinga) Polskie Stowarzyszenie Bluesowe ogłosiło Ogólnopolski Dzień Bluesa - już piąty.
Trójka przez cały dzień grała in blue, a wieczorem w Studiu im.Agnieszki Osieckiej odbył się koncert "W hołdzie Tadeuszowi Nalepie". Cudny! Breakout odkryłam na nowo tego lata, a właściwie przede wszystkim Mirę Kubasińską. Bo Mirą zaraziło mnie pewne szalone dziewczę rodem z Bieszczad :) ...A było to tak:

video

I jeszcze jedna - tym razem w oryginale:


Miejsce, które widać na nagraniu, to oranżeria w Zamku Kliczków k. Bolesławca. Tam w sierpniu odbył się XX Festiwal Blues Nad Bobrem, a w trakcie festiwalu warsztaty muzyczne. 180-ciu warsztatowiczów zgromadzonych na terenie zamku, niezwykli wykładowcy (24h na dobę w tym samym zamku), wszędzie muzyka, koncerty, jamy (ten na nagraniu to wersja bardzo kameralna, a codziennie niezły ruch był też na dużej scenie). Coś takiego nie zdarzyło mi się chyba nigdy wcześniej. Ilość wrażeń, ludzi i dźwięków ciężka do ogarnięcia nawet przez całe 10 dni.Ale największe szaleństwo odbywało się w Królewskim Apartamencie... Naprawdę chwilami serce traciło nam łączność z rozumem... Całe życie z wariatami! :) To było najwspanialsze drużynowe śpiewanie na świecie - "radość nie zapomina o tych, którzy zapominają o sobie", prawda? Przez tą radość, szanowne wariaty ze zdjęcia, będę za Wami tęsknić jeszcze długo długo długo...

[Dygresja będzie - ale dla mnie to spore odkrycie ostatniego roku, może dwóch. Jeżeli ktoś chce żeby to, co robi muzycznie brzmiało chociaż w miarę, chociaż trochę profesjonalnie, to musi się tego nieustannie uczyć, a najlepiej -> uczyć od mistrzów. Jak sportowiec, który - owszem - ma talent, ma pasję, startuje w zawodach i jest oklaskiwany przez kibiców, ale mimo tego - spędza codziennie długie godziny na treningach.]


Blues Nad Bobrem to wydarzenie, które tworzy historię i kształtuje naprawdę szczególne środowisko artystyczne. Przez te 20 lat przewinęła się przez niego taka masa sławnych artystów, że ciężko wszystkich wymienić... No a przede wszystkim - jak głosi wspomnieniowy reportaż - panuje tam "niezwykły duch bluesa, który łamie wszelkie bariery, łączy ludzi i zagrzewa serca..." Jeśli tylko możecie - przyjeżdżajcie tam koniecznie wszyscy w przyszłym roku! Ja będę. :)

poniedziałek, 6 września 2010

dość jest wszystkiego, dojść można wszędzie... - czyli muzyczna scena na najwyższym poziomie :)

Zdecydowany nadmiar wrażeń i emocji... Jedne jeszcze nie zdążą przeze mnie przepłynąć, a już napływają kolejne. Dlatego, żeby znaleźć złoty środek między wcześniejszymi ciągle nie opisanymi wspomnieniami, a tym co najświeższe - tym razem będzie o wydarzeniu, którego echo grało we mnie chyba najdłużej z wszystkich wtym sezonie...


Tydzień temu w Bukowinie Tatrzańskiej odbyła się Muzyczna Zohylina - III Otwarte Spotkania Artystyczne. Najwyżej położona nad poziomem morza scena, ale poziom wykonawców konkursowych, jak i wieczornych gwiazd też nie pozostawiał niczego do życzenia.


Gwiazdy i Tatry widać ze schroniska Głodówka, jak z żadnego innego miejsca - zapierające dech. Zapierająca dech atmosfera, towarzystwo (doborowe!), wszystkie usłyszane dźwięki, kilka głosów (wcale nie koniecznie śpiewających) które nadal słyszę i pamiętam (głosów akurat dosyć niskich...). Wszystko działo się jednak na takich wysokościach, że prawdę mówiąc ciężko z nich szybko zejść i trwam na nich do dziś :)

Na pierwszym miejscu podium konkursowego Chwila Nieuwagi (a właściwie to trochę ponad podium) :) Zaraz za nimi - my - cudem docierając na czas z "bardzo odległej stacji".
Jak głosi uchwalony przez kworum kodeks wzorowego gracza festiwalowego - kto wygrywa konkurs, ten przegrywa wino... ;)

video

Oto zagrana na specjalne życzenie piosenka Chwili Nieuwagi - moim zdaniem najbardziej zohylinowa - to pewnie przez jej folkowość. Jednak na scenie została zaprezentowana rok temu.
"Od ostatniej niedzieli"
sł. Jan Kasprowicz



Na najwyższym miejscu podium wariacko-wieczorowego Bartek Z. "Człowiek Kapodaster" :) oraz wszystko to, co podniosło za sobą aż na pierwsze piętro to niewinne z pozoru podnoszenie tonacji...
Na pozycji drugiej - masowe Głodówkowe śpiewanie, prowadzone przez absolutnych mistrzów ceremonii w tej dziedzinie :) do obejrzenia piętro niżej.


Kto spostrzegawczy
mógł wyłapać ten dialog
już w końcówce
poprzedniego filmu:
"Bartek Z:
- A czy ja mogę kołysankę
poprosić? Baaardzo proszę.
Andrzej C:
- Ale nie mam kapodastra..."
A po prawej zaskakujący
efekt tej rozmowy :)

"A kiedy mi przyjdzie..."
sł. M.Konopnicka



video
Są takie piosenki, które podrywają w kierunku grającego stolika całe zgromadzone w okolicy towarzystwo. To jedna z nich "Piosenka w samą porę" Lubelskiej Federacji Bardów. Tu po lewej fragment w wersji "słoniowej" :) - wspomniani już moi ulubieni mistrzowie wieczorno-piosenkowej ceremonii (prawda że ciężko stwierdzić, który najstarszy?) ;) Towarzyszy im dośpiewujący tłum (jak to tłum - z różną czystością) :)




"Siła złego, więc przy dobrym chcę siedzieć stole(...) Droga może być celem, sama droga jest celem."

Cytując Egona, życzę czytającym co by "nie schodzili z wysokości..." :)
Dla całej Zohyliny ta piosenka:

sobota, 21 sierpnia 2010

Stołki... - czyli niepokojące spostrzeżenia człowieka wytrwale broniącego się przed usadzeniem :)

Poprzednie moje pisanie było o ruchu, to kolejne - dla równowagi - będzie o siedzeniu :) No i z dedykacją dla wszystkich siedzących wygodnie!

Wątek zaczęła moja przyjacielska wizyta w Gdańsku. Przez 3 dni kontemplowałam nieogarnione szwendanie się po starym mieście, w czasie gdy osobniczka przyjacielsko mnie w Gdańsku goszcząca ciężko pracowała (jak ustawa przewiduje) od 9:00 do 17:00.

Szwendając się tak znalazłam wiele tajemniczych niezwykłości, ale największe wrażenie zrobił na mnie "Teatr w Oknie". Tak została nazwana nowa inicjatywa Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego. Wiedziałam od dawna, że to bardzo kreatywna instytucja, ale jej najnowszy pomysł urzekł mnie ogromnie. Na parterze jednej z kamienic przy ulicy Długiej (po prawej idąc od strony Motławy) znalazłam trzy wysokie okna, wyraźnie od wewnątrz zasłonięte kurtynami. Przed nimi na chodniku stało kilka krzeseł obróconych w stronę okien, a na szybie plakat. Jak się okazało - to właśnie teatr :) dosłownie "W OKNIE". Fantastyczna inicjatywa z gatunku "sztuki wychodzącej na ulicę". W oknach odbywają się koncerty, spektakle, happeningi, performance... Ja trafiłam króką (10 minut) etiudę "Teatru Wielokrotnego Użytku", który - z powodu remontu za teatralnymi oknami - faktycznie wyszedł na ulicę.
Etiuda na dwóch mężczyzn i dwa stołki koresponduje z moim dzisiejszym wątkiem tytułowym, dlatego zachęcam - obejrzyjcie koniecznie:

video

"Studia poszły gładko. Teraz myślę, żeby zrobić coś jeszcze, że może się przydać.
(...)
W pracy (...) pracy jest mało, za to dużo wnerwiania. Codziennie czysta wyprasowana koszula.
(...)
Z rozrywek - gazety i telewizor.
(...)
Drzewa za oknem zasłaniają mi widok.
Mówiłem w administracji, żeby przycięli, ale nie ma zezwolenia.
(...)
Mięśnie napięte. Oczy zaczerwienione."


Spotkanie z Teatrem w Oknie wywołało we mnie masę różnych przemyśleń i uśmiechów, które sprawiły, że przypomniałam sobie o istnieniu pewnej piosenki kabaretowej. Teatr był nieduży, to i piosenka niewielka - w sam raz na koniec czasu urlopowego ;)



I co Wy na to? :)

środa, 18 sierpnia 2010

"Ruszaj się, ruszaj. Błogosławiony, który idzie.”

Oto jest cytat z książki pt. "Bieguni" autorstwa Olgi Tokarczuk. A trafiłam na nią właśnie z powodu piosenki - piosenki pod tym samym tytułem, granej przez zespół pod tą samą nazwą :)


Dlaczego akurat Bieguni?
Byli to prawosławni starowiercy, którzy uważali, że w świecie przesiąkniętym złem i grzechem zginie człowiek, który stoi w miejscu (żeby nie było, że banalnie zachęcam do turystyki ;) nie mówię tu o dosłownym podróżowaniu!). Według biegunów jedynym ratunkiem przed złem świata jest ciągły ruch, nieustająca podróż. Nie o nich jednak traktuje powieść Tokarczuk. Jest ona zbiorem anegdot o współczesnych ludziach "idących", ludziach "nie znających postoju". Myślą oni o drodze, albo odkrywają nagle, że o niczym innym nie warto myśleć:
"Stojąc na przeciwpowodziowym wale, wpatrzona w nurt, zdałam sobie sprawę, że – mimo wszelkich niebezpieczeństw – zawsze lepsze będzie to, co jest w ruchu, niż to, co w spoczynku; że szlachetniejsza będzie zmiana, niż stałość; że znieruchomiałe musi ulec rozpadowi, degeneracji i obrócić się w perzynę, ruchome zaś – będzie trwało nawet wiecznie."
Wybór życia "w drodze" niesie ze sobą wiele trudności, wrażenie że nigdzie nie jest się na 100%, poczucie bycia ciągle "pomiędzy", wybieranie między bezpiecznym i ciepłym postojem, a chłodnym wiatrem w oczy na drodze, której nie znamy. W "biegunowym" życiu smutek przeplata się z entuzjazmem... Dlatego i w powieści Olgi Tokarczuk jest sporo smutku.
Ważnych jest jednak kilka wniosków, a wśród nich ten, że nie ważne dokąd faktycznie, fizycznie dojdziemy, "celem (...) pielgrzymki jest zawsze inny pielgrzym."

________________________
Kolejna z postaci, których spotkanie w poetycko-piosenkowym świecie zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie - Jarek Augiewicz (bard!) i jego wspomniany już zespół Bieguni. Poznaliśmy się na zeszłorocznych (ostatnich) Bieszczadzkich Aniołach. W wielu przeprowadzonych od tego czasu rozmowach i wymienionych mailach usłyszałam od niego masę mądrych, motywujących, ale czasem i sprowadzających na ziemię słów - teraz zaczynają wydawać efekty :)

Jarek zawsze ostro przykazywał mi nie stać w miejscu;
mówił: "pracuj";
pisał: "nie zmarnuj talentu, bo w dziób!" ;)
Ale najpiękniejsze jego słowa jakie znam to tekst piosenki, napisany w oparciu o w/w książkę:

"Bieguni"

Jeśli nam nie braknie sił, grzech nas nie dogoni,
ciągły ruch zbawieniem jest, zginie ten kto stoi.
Trzeba odkryć nowy ląd, nowe krajobrazy,
tylko ten kto szuka wciąż zmyje grzechów zmazy.
Kiedy w koło fałszu gąszcz droga nas przytuli.
My - współcześni nomadowie - bieguni!

Żeby istnieć trzeba żyć, żeby żyć - wędrować,
trzeba tańczyć, skakać, wciąż rodzić się od nowa,
nad przepaścią chwytać wiatr, utonąć w amoku,
w fizjologii znaleźć sens, w wierze zgubić spokój.
Kłamią o nas, że jesteśmy nowin złych zwiastuni.
My bezdomni koczownicy - bieguni!
Całe życie próbujemy zadać kłam tej prawdzie,
że pytanie ma odpowiedź, a kto szuka - znajdzie.
Kto dogonić chce marzenia musi odkryć siebie,
tu odbierze tęgie razy, a nagrodę w niebie.
Nawet mijający czas wiary w nas nie stłumi.
My współcześni starowiercy - bieguni!

Jeśli prawdy szukać chcesz - w walce ją odkryjesz,
tocz ją ze słabością swą - poczujesz, że żyjesz.
Gdy zrozumiesz prawdę, że zło się czai wszędzie,
pewny bądź, że także ty wnet biegunem będziesz.
Na nieszczęścia i słabości droga cię znieczuli,
w lustrze swoją twarz zobaczysz. Bieguni!



Naprawdę marzy mi się, żeby kiedyś tą pieśń zaśpiewać ...a tymczasem (w czasie tegorocznego festiwalu Kropka w Głuchołazach) dostałam taki oto cudny urodzinowy prezent -> w/w utwór w wersji hotelowo-pokojowej, filmowany przeze mnie amatorsko prosto z szafy ;)
video

Jest w biegunach coś, co naprawdę rozumiem i czuję... coś mojego, co dzieje się codziennie.
Dlatego nie myślcie, że to był postój sekretnego życia piosenki i że czas najwyższy znowu ruszyć...
ja tu po prostu opowiadam o drodze przebytej w trakcie zwykłego odpoczynku od internetu :))

piątek, 25 czerwca 2010

Opowieść o tym do czego piosence mogą służyć zabytki techniki

Pociągi mają w sobie coś magicznego... a już szczególnie stare pociągi, małe retro dworce i tajemnicze perony :) Gdzie się nie obejrzeć tam pojawiają się w piosenkach, w literaturze, w filmie. Jest w nich jakaś przedziwna metaforyka i atmosfera... Właściwie ciężko to ogólnie opisać ...szum, rytm, muzyka maszyn, wiatr we włosach kiedy się stoi w pociągowym oknie, wielkie dworcowe zegary, ta przedziwna granica między jadącymi, czekającymi czy pracującymi na mijanych polach, jakby im zupełnie inaczej biegł czas... to wszystko robi bliżej nie sprecyzowane, ale na pewno duże wrażenie.

Dlatego też propozycja zaśpiewania na cześć pociągu :) od razu wydawała się sympatyczna, ale żeby aż tak - to się na pewno nie spodziewaliśmy.
Rudy Raciborskie, Zabytkowa Stacja szanownej pani Kolejki Wąskotorowej, no i Święto Szlaku Zabytków Technki - tam właśnie zostaliśmy zaproszeni na koncert przed zmrokiem.
Ze sceny pamiętamy głównie:
- komary (resztka aerozolu starczyła tylko na twarze :/)
- błyskające w oddali pioruny (w połowie koncertu zaczęło padać)
- publiczność ukrytą (którą w związku z tym było słychać - na zmianę z grzmotami - ale nie było widać, co w zestawieniu wymagało od nas nie lada odwagi scenicznej)
- i wyraźnie rozpraszający nas i rozbrajający pojazd, który nagle wyłonił się na zza lokomotywowni, wywołał rozrabiacki błysk w naszych oczach i był pierwszą rzeczą, która przyszła nam do głowy po koncercie... :)
video


W ten oto sposób my zaprzyjaźniliśmy się z torami, a one zaczęły nieść nas lekko i uznały za swoich. Cała obsługa stacji uznała natomiast za przebyły nasz chrzest bojowy i zanim się obejrzeliśmy schowana przed chwilą lokomotywa znów została doczepiona do wagoników, a my pędziliśmy wąskotorową kolejką przez rudzkie lasy grając, śpiewając, nawet chwilami tańcząc... My byliśmy sprawcami dźwięków, kolejarze i ich goście sprawcami oklasków, okrzyków radości i przemiłej wspólnej biesiady, a kolejka, las, deszcz, wiatr we włosach i strunach i mijające nas gdzieniegdzie samochody - sprawcami magicznego, nierealnego wręcz klimatu i naszych całkiem realnych dreszczy... :)





Serdecznie pozdrawiamy wszystkich pracowników Stacji Kolejki, a także opiekującego się stacją MOKSiRu w Kuźni Raciborskiej na czele z panem dyrektorem Michałem F., widniejącym na zdjęciu w kapeluszu (kto by nie chciał mieć takiego dyrektora, co? - żeby nie było - w jego ręce coca cola) :)
- i dziękujemy!
- i polecamy się na przyszłość!
Jeszcze dziękujemy Bartkowi Kozinie za przysłane materiały, które można tu zobaczyć.
A wszystkim wyżej wymienionym dedykujemy ten oto refren w wagonie zarejestrowany tuż po zaparkowaniu na peronie :)
video

piątek, 11 czerwca 2010

Czas wyruszyć w drogę... -> czyli festyn z ŻebyNiePiekłem :)

Dokonałam obliczeń statystycznych i wychodzi na to, że 50% moich wpisów tutaj jest związanych z Łodzią, a w co trzecim pojawia się Żeby Nie Piekło... Hmmm...

"FESTYN [od włoskiego 'festino'] - to zabawa, zwykle pod gołym niebem, dla większej liczby osób; publiczna impreza urządzona najczęściej w związku z jakąś uroczystością,
z okazji święta, jubileuszu, ważnego zdarzenia... itd itp" ;)
Ogólnie - lubimy festyny :)

Jubileuszy i ważnych zdarzeń było tym razem kilka, a święto to już sam fakt, że się spotkaliśmy w takim sporym gronie. Chociaż, ŻNP przecież samo w sobie liczy 7 osób, więc jak dodać jeszcze przyległości i przyjaciół, to się ni z tego ni z owego robi impreza publiczna ;)
Tym razem była jednodniowa trasa rekreacycjno-koncertowa różnymi środkami transportu po województwie łódzkim - to jest to, co tygrysy lubią najbardziej (oczywiście na drugim miejscu zaraz po festiwalach) :)
________________________

Chyba do każdego co jakiś czas, ni z tego ni z owego, przychodzi takie poczucie, że kończy się właśnie jakiś etap w życiu i za chwilę zaczyna się nowy. Chociaż... może to tylko jakiś szczególny typ osobowości ma skłonność do ciągłego dzielenia życia na etapy? ...kto wie.

No a kiedy się człowiekowi w głowie roi od piosenek, to znajdzie sobie właściwą i adekwatną do każdego wydarzenia w życiu, zarówno dłuższego etapu, co na każdą niemalże chwilę. No powiedzcie, że ktoś z Was też tak ma!...
Więc ja w tym właśnie kontekście zmianowo-etapowym proponuję taki oto finałowy refren piosenki ŻebyNiePiekła, przyłapany zza kulis w ostatnią sobotę. W tle słychać szaleństwa jakże entuzjastycznej publiczności harcerskiej, która - ku zaskoczeniu całej naszej wesołej festynowej ferajny - okazała się odłamem fanklubu zespołu :)
video

piątek, 4 czerwca 2010

Piosenka ma swoje historie

Jest w Opolu pewne muzeum - Muzeum Polskiej Piosenki. Ono wie, że piosenka ma swoje historie...
1 czerwca w opolskiej Press Cafe Radiowa :) za na zaproszenie wspomnianego muzeum czytał swoje wiersze i opowiadał te historie Jacek Cygan, z muzyczno-gawędziarskim wsparciem Jurka Filara. Obaj kiedyś współtworzyli nieistniejący już niestety zespół "Nasza Basia Kochana".
Uroczy wieczór!, a tych dwóch panów o duszach pełnych słów i dźwięków stworzyło w Radiowej niezwykły klimat.

Jacek Cygan zapytany przez prowadzącego spotkanie Piotra Furtasa o receptę na dobrą piosenkę, na taką ponadczasową, która będzie aktualna przez lata i będzie poruszała całe pokolenia, powiedział, że nic nie wie o tym, żeby taka recepta istniała, ale nawet gdyby, to i tak "najpiękniejsza w piosence jest właśnie ta niewiadoma, ta tajemnica..." Fascynujące jest obserwowanie jak piosenka nabiera kształtu i formy, i oczekiwanie - przyjmie się, czy się nie przyjmie? chwyci, czy nie chwyci?

Jednak słuchając tej rozmowy uszami początkującego i eksperymentującego tekściarza myślę, że - może nawet niechcący - jednak pewną bardzo ważną receptę Cygan podał w jednej ze wspominanych historii. Otóż opowiadając o swoim spotkaniu, przyjaźni i współpracy z Rynkowskim powiedział mniej więcej tak:
"Pisząc piosenkę - obojętnie czy dla kogoś czy dla siebie - trzeba przede wszystkim wymyślić, wiedzieć, kim wykonawca ma być na scenie". Ten wizerunek musi z piosenką współgrać i tworzyć całość z treścią i formą, wtedy dopiero jest autentyczny, bo piosenka też ma swoją osobowość...

wtorek, 25 maja 2010

Już wiosna - czas na postęp :)

Prowadziłam jakiś czas temu kilkudniowe szkolenie z aktywizacji zawodowej dla bezrobotnych pań z pewnej małej miejscowości, na zlecenie pewnej lokalnej firmy szkoleniowej. Ostatniego dnia przyjeżdża na podsumowanie zajęć szefowa biura, która załatwiała ze mną wszystkie formalności, razem z panem prezesem firmy. Już po wyjściu grupy wspomniana pani przedstawia sobie nawzajem mnie i prezesa:
- Pani Basiu, nie wiem czy pani miała okazję poznać, to jest właśnie pan prezes.
Ja dyplomatycznie:
- No chyba jeszcze nie miałam okazji, naprawdę bardzo mi miło, nazywam się...
A pan prezes:
- A właśnie, że pani miała okazję. Ostatnio na spotkaniach z poezją śpiewną grałem na klawiszach w zespole, który występował zaraz po pani. - A kiedy zobaczył moje oczy szerokie jak pięciozłotówki dodał: - Ale się pani nie przejmuje, u nas w firmie wszyscy mają dwa życia... :D

_______________________
Przypomniała mi się ta historia, kiedy znalazłam ostatnio w internecie pewną ciekawostkę.

Kto kojarzy Andrzeja Bachledę polskiego narciarza alpejskiego, najmłodszego z trzech znanych Andrzejów Bachledów-Curusiów, olimpijczyka w barwach Polski i Francji, trzykrotnego mistrza Polski w slalomie...?
Dokładnie ten sam - to aktualnie 35-letni malarz, gitarzysta i tekściarz :)
Ma na koncie już wiele wystaw i dwie autorskie płyty:
2. "Time ruins" - wydana niedawno, angielskojęzyczna, w klimacie retro-swingowo-bluesowym, dixielandowym wręcz chwilami, ale kiedy się dobrze przysłuchać to w wokalu i gitary słychać też zaśpiew folkowy
1. "Od Gibraltaru do Tatr" - pierwsza płyta, wyśpiewana po polsku, francusku i hiszpańsku (to już wszystkie języki, którymi biegle włada Andrzej B.), która jest jakimś niezwykłym, zaskakującym połączeniem folku polsko-zakopiańskiego, dźwięków latynoskich, flamenco i jazzu... :)

Heh... dwa życia to mało :)

Oto najlepszy numer z płyty "Od Gibraltaru do Tatr":


Niechby już w końcu była wiosna... taka pozytywna, słoneczna, trochę zwariowana, śpiewająca ptakami i pachnąca wiatrem, przejażdżkowa, spacerowa, przysiadająca na ławce w parku... Naprawdę - w dowolnym mieście.

czwartek, 20 maja 2010

"POD SŁOŃCE" i pod wiatr...

Bacówka w Jamnej już za pierwszym razem zrobiła na mnie magiczne wrażenie. Tym razem (drugim) było podobnie - przemiłe, gościnne miejsce i uroczy gospodarze. W dodatku naprawdę silni i cierpliwi, jak na cały ten wiatr, który trwającemu przy niej Festiwalowi po drodze (a zwłaszcza z soboty na niedzielę) w oczy wiał...

Festiwal miał miejsce 15 maja 2010. Chociaż nazwany przez bacówkowego szefa Adama (sprawcę zamieszania) "Pod słońce" - przekornie był raczej zimny i mokry :) Ale na szczęście piosenka turystyczna, jak już zdążyłam się przekonać, jest odporna na deszcz :) a w błocie pod sceną da się nawet tańczyć zarówno w kaloszach jak i na bosaka. Żeby Nie Piekło przeniosło tam swoją sceniczną energię i rozkręciło niezłą potańcówkę.

Z resztą na scenie energii przez cały czas nie brakowało.
To jest akurat nagranie z tegorocznej Yapy, ale piosenka właściwa - od niej pochodzi nazwa Festiwalu. Oczywiście pojawiła się razem z Tomkiem J. także tym razem na Jamnej :)


Powszechne przemoczenie sprawiło, że przez pewien czas towarzysko-gitarowa atmosfera kryła się trochę po kątach pijąc grzane piwo, jedząc doskonały bigos bacy :) susząc nogi przy ognisku i owijając się ciepłym śpiworem. Jednak jak się okazało dotarła w końcu nawet do Chatki Włóczykija, kiedy to wszedł tajemniczy gość w czapce i powiedział tak:
"Naprawdę chciałby człowiek iść spać, ale normalnie nie może... No po prostu musi grać." :D
A potem usiadł przy stole i zaśpiewał tak:
video

Można zgadywać kto śpiewał i grał, i kto akompaniował siedząc z boku poza kadrem :)
(oczywiście osoby obecne wówczas przy tym samym stole zostają wykluczone z konkursu)
Zapomniałam wcześniej dodać, ale - ma się rozumieć - jest przewidziana nagroda niespodzianka! ;)




W nocy zrodził się całkowicie niezależnie w kilku głowach nadzwyczajny pomysł, który zaowocował cudownym obudzeniem nas na czas przez Justynę, pierwszą damę bacówki :) a następnie takimi oto wydarzeniami w niedzielny poranek.






Właśnie w jamneńskim Kościele p.w. Matki Bożej Niezawodnej Nadziei u ojców Andrzejów (Dominikanów) zastała nas wiadomość o tragedii, która wydarzyła się w nocy w bacówce...
Zakończyliśmy więc Festiwal w taki właśnie pełen symboliki i głębi sposób.

poniedziałek, 10 maja 2010

Wieczór "w tym mieście z pretensjami"

Piątek w Opolu, wieczorny powrót przez rynek -> no i dzieje się to, za co najbardziej uwielbiam to miasto! :) - wojewódzkie, ale jednak małe, no to i trochę prowincjonalne i "z pretensjami" - miasto, w którym właśnie mieszkam.

Mijam więc pewną znaną i lubianą pubokawiarnię ;) a w kawiarnianym 'ogródku' siedzi sobie zaprzyjaźniona ze mną dziennikarka. Sama siedzi. Jak się okazuje jej towarzysz musiał na chwilę szybko wybiec coś załatwić - więc się przysiadam. Nie mija nawet chwila, kiedy podchodzi znajomy gitarzysta. My mówimy, że za chwilę znikamy, a on się upiera: "Nigdzie nie idźcie, bo ja się tu umówiłem z kolegą"
heh... A kolega - jak się okazało - też znajomy. :)
Jak to śpiewała kiedyś Grażyna Łobaszewska: "...i łapie felling bez okazji wieczór, i któż by przeczuł, że ten wieczór błyśnie tak" :)

Przybyły znajomy to niezwykły opolski BARD i moja wielka inspiracja - Krzysztof Nurkiewicz. Jeśli od jakiejś postaci zaczynać opowieści o tych, którzy w poetycko muzycznym świecie zrobili na mnie inspirujące wrażenie, to właśnie od Nurkiewicza będzie idealnie. Nie chodzi o to, że trafił do tego grona jako pierwszy, ale na pewno trafił z wielką mocą. No a poza tym - w końcu to opolanin :)
A oto moja najulubieńsza z jego piosenek, o takich właśnie kawiarnianych opolskich klimatach:


Krzysiek mówił mi nie raz:
"Na co czekasz, czemu nie jedziesz na 'ten' festiwal i na 'tamten' przegląd?"
A ja mu mówiłam:
"Nieeeee, jeszcze nie czas, muszę być lepiej przygotowana ...pojadę za rok."


Kiedyś mi mówił o fascynującej mnie piosence pewnego innego znajomego barda:
"Poproś, żeby Ci ją wypożyczył i sama ją śpiewaj, skoro dobra i taka dla Ciebie ważna"
A ja pełna wątpliwości mówiłam:
"Ale ja jeszcze do niej nie dorosłam..."

Mówi mi też zawsze:
"Wyjeżdżaj stąd, jedź się rozwijać w bardziej przyjazne miejsce, nie bierz ze mnie przykładu."
Ja uparcie jak dotąd odpowiadam:
"Kiedy mnie tu jest na razie naprawdę dobrze."

A teraz co mi mówi?: "Jedź na OPPę!"
Ja w szoku: "Cooo? Jaaaa? Na OPPę? ...??? Przecież ja jeszcze nie jestem gotowa!"
No a on do mnie tak: "Ty już wcale nie masz tak dużo czasu, taka młoda to Ty już nie jesteś w tym muzycznym świecie, lata mijają i się starzejesz..."

Heh... i miej tu człowieku autorytety... to ci zawsze zrobią zamieszanie w głowie.

czwartek, 6 maja 2010

Zwycięska Poetycko-Muzyczna Bitwa pod Gorlicami... :)

Działania bitewne rozpoczęły się o godzinie 8:00 dnia 1-go MAJA 2010 na terenie Opola. Nic wówczas nie wskazywało na to, że szalony bieg na orientację połączony z ucieczką przed prowadzącymi ekspansywne działania terytorialne Batalionami Majówkowymi, doprowadzi samotną opolską Kompanię Poetycko-Muzyczną po Złoty Gryf gorlicki. Jednak pomimo 40 kilometrów nieudolnej walki z czasem i bezradności niestrudzonych nawigatorów, Kompania dotarła w końcu do centrum walk, gdzie czekały już od rana ze wsparciem siły ŻebyNiePiekielne. Tam wspólnie stanęli na straży od lat Gorlicom nieobcej troski o literaturę kulturę i sztukę narodową.

Zagrzewana do walki okrzykami i wystrzałami ręcznymi entuzjastycznej garstki, opolska Kompania w ostatniej chwili i rzutem na taśmę stoczyła (pod okiem mistrzów) dzielny zwycięski bój.


Przez cały czas trwania wyprawy wojownicy poddani byli nielekkim próbom BŁĄDZENIA i SZUKANIA. Jednak gdy dzień chylił się już ku zachodowi wspólnie odnaleźli wreszcie gorlicką przystań,
gdzie spoczęli by nabrać sił, słuchając jakże adekwatnych słów i dźwięków poznanych tam pieśniarzy:




Rankiem 2-go MAJA Pierwszy Turystyczny Pułk Samochodowy złożony z czterech Kompanii Wokalno-Intrumentalnych, wyruszył ku wzgórzom Przemyśla, wdrapując się w okolicach południa na Zniesienie pod Kopiec Tatarski. Tam, zbunkrowani w nowo wybudowanym amfiteatrze, podczas trwającego Jarmarku do późnych godzin nocnych ćwiczyli wędrowne pieśni bojowe.


Dalej na terenie Przemyśla trwały już jedynie działania hotelowo-pokojowe i stabilizacyjne, które ostatecznie dnia 3-ego MAJA 2010, we względnej CISZY i niemalże DOMowej atmosferze, doprowadziły do zdobycia Baszty Zamkowej. Tam, pomimo ekstremalnych warunków pogodowych, została chóralnie odśpiewana ta jakże doniosła pieśń.

video




Gdy w końcu Turystyczny Pułk Samochodowy (tym razem złożony z sześciu Kompanii) dotarł do miejsca popasu na granicach miasta, zanim jeszcze nastąpiło rozgrupowanie szeregów, strażnik tradycji leśnych Mistrz Ceremonii herbu Ruda Wiewiórka, wspominając wspólną walkę w trudzie i chłodzie, odśpiewał rzewną pieśń zakończeniowo-ocieplającą... ach :)

video



A oto i ostatnia, podsumowująca grupowa warta honorowa na murach miasta... :)